Ruch Przełomu Narodowego
Nie czwarta władza, lecz pierwsza PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
Czwartek, 15 Lipiec 2010 13:21

Hanna Karp

 

Każda kampania prezydencka to czas wielkich żniw dla mediów. Dziennikarze toczą propagandową kulę, dowodząc nie bez kozery, że od jej wielkości zależy wynik wyborów.

Tworzą ją wszelkie newsy – te prawdziwe i te wydumane – sesje fotograficzne, wypowiedzi, bon moty kandydatów, didaskalia otoczenia: rodziny, znajomych, przyjaciół z czasów szkolnych czy ze studiów.

Do tego dochodzą sondaże, w istocie piąta władza, która z tzw. czwartą idzie ramię w ramię, ustawiając wyborcę. Gdyby nie przedwyborcze pranie mózgów à la „Komorowski wygra już w pierwszej turze nad czarnosecinnym i mściwym Kaczyńskim”, to może kandydat PO zamiast 42 proc. otrzymałby wówczas na przykład 33…

 

Straszenie Kaczyńskim

Kandydat PiS znalazł się pod ostrzałem mediów i tzw. dyżurnych autorytetów, socjologów i politologów. Jeszcze zanim zdecydował o kandydowaniu, nie tylko straszono nim dzieci, lecz także dowodzono, że jeśli wystartuje, to wywoła wojnę na polityczne noże, a wirtualna krew lać się będzie obficie. Część  wyborców dała się zastraszyć, inni – mając w pamięci katastrofę smoleńską – nie wyobrażali sobie, że miejsce po Lechu Kaczyńskim mógłby zająć ktoś inny niż jego brat. Jarosław Kaczyński otrzymywał listy od Polaków z całego świata wzywające go do kandydowania.

Profesor Jacek Wódz z Uniwersytetu Śląskiego twierdził za to, że „jeśli Jarosław Kaczyński zdecyduje się kandydować w wyborach prezydenckich, popełni kardynalny błąd. Jeśli przegra, to PiS zniknie z politycznej sceny i nie pomogą ewentualne powroty Ludwika Dorna czy Marka Jurka”. O samych wyborach profesor Wódz mówił: „Prawdopodobnie Polacy będą wybierać między marszałkiem Komorowskim a Andrzejem Olechowskim. I wcale nie jestem pewien, że wygra ten pierwszy”.

Rzeczywistość powyborcza pokazała, że nie miał racji.

 

Przepustka do salonu

Widzimy dziś, jak bardzo nietrafione były te analizy. Ale cóż, propaganda robiona przez ludzi danego systemu ma swoje prawa. Wódz, jak w listopadzie 2006 r. wytknęła mu „Gazeta Polska”, jako prorektor Uniwersytetu Śląskiego doprowadził do tego, że: „w samorządzie studenckim znalazły się takie formacje, jak PZPR, ZSMP, ZSP, ZMW – czytamy w odtajnionej przez IPN notatce służbowej katowickiej SB. Dziś Jacek Wódz jest profesorem, jednym ze sztandarowych »autorytetów« III RP. Jacek Wódz, profesor socjologii, w mediach występuje z reguły jako niezależny autorytet naukowy. Ostatnio wypowiada się jako obrońca demokracji, zagrożonej przez rządy PiS”.

 

 Smoleńsk jako spoiwo

Czas decyzji Jarosława Kaczyńskiego był czasem wielkiej narodowej mobilizacji, na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim stanął wielki krzyż i płonęły znicze. Politycy PO czuli się niepewnie. Poseł PO Jarosław Gowin przyznawał w TVN24: „W pewnym sensie jest to wybór minimalistyczny, bo jedynie skonsoliduje elektorat PiS. Nie sądzę, aby przyciągnął nowe grupy wyborców”. Z kolei rozbijający prawicowy elektorat Marek Jurek, lider Prawicy Rzeczypospolitej, nie ustąpił pola i tłumaczył, że będzie chciał osiągnąć porozumienie z Jarosławem Kaczyńskim, by pokazać, co ich łączy, a w czym się różnią. W pierwszej turze jego start w wyborach zakończył się kompletną klapą, mimo że stał się „dyżurnym prawicowcem” w TVN24 – jako ten, który miał zaszkodzić Kaczyńskiemu.

 

Wygrał Palikot

Szczytowym momentem w kampaniach wyborczych zwykle jest czas telewizyjnych debat; w czasie tych wyborów studio telewizyjne dwukrotnie zmieniło się w polityczny ring. Jednak wymiana ciosów w świetle jupiterów i kamer nie zdecydowała o wyniku ostatniej rundy.

Zadecydowało quasi-inteligenckie zadęcie wyborców – wpajane im przez prywatne media, na przykład TVN24 i jego „Szkło kontaktowe” – którzy ponad program naprawy RP przedłożyli akceptację słabości polskiego państwa kierowanego przez Platformę Obywatelską. I dali sobie wmówić, że Komorowski jest kandydatem na miarę aspiracji wielkomiejskiej inteligencji. Nie przeszkodziło im to, że jest on politycznym analfabetą, nieznającym konstytucji czy chcącym wyprowadzić Polskę z NATO albo Norwegię wprowadzić do UE.

W rezultacie zamiast wizji naprawy państwa zwyciężył styl nadwornego błazna z Biłgoraja, w koszulce z napisem „Jestem gejem” i z pędzącą za nim sforą mikrofonów i kamer straszącego kandydata z PiS „wypatroszeniem”.

 

Gdyby decydowały debaty, a nie medialna nagonka, Jarosław Kaczyński wygrałby wybory. Fot. za www.jaroslawkaczynski.info

n

Zmieniony ( Czwartek, 15 Lipiec 2010 15:08 )