| Wyrok śmierci? |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator |
| Czwartek, 15 Lipiec 2010 13:10 |
|
Minęły trzy miesiące od tragedii, w której zginęli prezydent RP i elita narodu polskiego, a śledztwo – zwłaszcza przez Putina przy pełnej aprobacie premiera Polski, Donalda Tuska – nic nie wyjaśniło. Rosjanie kłamią, mataczą, bezpodstawnie zrzucają winę na polskich pilotów, tak jak w 1943 roku po zbrodni katyńskiej zrzucali winę na Niemców. To wskazuje, że Rosja ukrywa przed nami prawdę o katastrofie. Leszek Misiak, Grzegorz Wierzchołowski
Cały wysiłek rosyjskiego śledztwa skierowano na udowodnienie, że za katastrofę odpowiada załoga, a nie jest ona wynikiem błędnego naprowadzenia samolotu i być może eksplozji. Nawet tych hipotez nie badano, ale od razu, nie podając przyczyn, je wykluczono. Skoro zdaniem rosyjskich śledczych wszystko jest jasne – zawinili pilot Arkadiusz Protasiuk i prezydent Kaczyński, który go zmusił do lądowania – to dlaczego zacierano ślady: rodziny ofiar nakłaniano w Rosji do podpisania zgody na zniszczenie ubrań, teren katastrofy zrównano spychaczami, złożono wniosek do sądu wojskowego w Warszawie o zniszczenie rzeczy osobistych ofiar, polskich lekarzy i obserwatorów wyłączono z uczestnictwa w sekcjach zwłok, zadbano, by przysłanych z Moskwy trumien nie otwierać, wycięto drzewa na miejscu katastrofy, zawłaszczono czarne skrzynki, fałszowano stenogramy? Przerażające jest to, że polski rząd i polskie media – poza wyjątkami – przeszły do porządku dziennego nad kłamstwami smoleńskimi. Rząd premiera Tuska nie zwrócił się do Rosji o przejęcie śledztwa przez Polskę lub międzynarodową komisję z udziałem przedstawicieli NATO. To Rosjanie, bez udziału Polaków, zabezpieczyli miejsce katastrofy, rejestratory lotu i ciała ofiar, nie dopuszczając polskich służb, by przejęły nośniki tajnych danych, które znajdowały się w maszynie prezydenckiej. Bierność Donalda Tuska uniemożliwiła polskim prokuratorom dostęp do materiałów dowodowych, a polskiemu społeczeństwu zamknęła drogę do poznania prawdy o katastrofie. Przypomnijmy, że po zeszłorocznej (30 sierpnia 2009 roku) katastrofie białoruskiego myśliwca Su-27 w Radomiu z rozpoczęciem śledztwa i z zabezpieczeniem czarnej skrzynki Polska wstrzymała się do czasu przyjazdu ekspertów z Białorusi, a śledztwo prowadziła wspólna polsko-białoruska komisja. Rzecznik MON Robert Rochowicz mówił wówczas: „To strona, do której należał samolot, decyduje o tym, w jakim stopniu, kiedy i czy w ogóle udostępnione zostaną opinii publicznej informacje na temat ustaleń komisji”. Co się stało, że kiedy doszło do wypadku samolotu prezydenckiego, rząd PO zmienił zasady? Nie mógł się tak rozbić Największą zagadką jest stan samolotu. Według ekspertów trudno wyobrazić sobie, by osiemdziesięciotonowa maszyna lecąca z minimalną prędkością (około 280 km/h) na wysokości zaledwie kilku metrów nad ziemią roztrzaskała się na drobne kawałki. – Prezydencki Tu-154 nie mógł ulec tak poważnym zniszczeniom, jeśli jego ostatnie chwile wyglądały tak, jak przedstawiają Rosjanie. Powinien raczej, „ślizgając się” po zagajniku, uderzyć kadłubem o podłoże. Nie zdążyłby przewrócić się o 180 stopni, jak sugerują Rosjanie. Niemożliwe, by roztrzaskał się na tak drobne kawałki – mówi nam fachowiec od mechaniki i dynamiki lotu, zarazem zawodowy pilot, który wielokrotnie siedział za sterami Tu-154 (nazwisko i imię do wiadomości redakcji). – To oczywiście muszą potwierdzić badania aerodynamiczne. To, jak prezydencki Tu-154 powinien zachować się przed rozbiciem o ziemię, można obliczyć, wykorzystując odpowiednie wzory oraz zasady mechaniki i dynamiki lotów: w jakim miejscu samolot o takiej masie i konkretnej w tamtej chwili prędkości, po ścięciu drzew o znanej średnicy, mógł uderzyć w ziemię i w jaki sposób (skrzydłem, podwoziem etc.), jakie było w chwili wypadku przeciążenie i jak kadłub o konkretnej wytrzymałości powinien zachować się po takim uderzeniu. Są specjalne programy komputerowe, które pozwalają to obliczyć – dodaje. Jeśli to prawda, to co spowodowało rozbicie Tu-154? Niewykluczone, że Tu-154 rozleciał się już w powietrzu, a na ziemię spadały pojedyncze szczątki. Przypomnijmy, że prezydencki tupolew zahaczał o drzewa, po ścięciu gałęzi wzbił się na chwilę, a pilot stracił kontrolę nad maszyną prawdopodobnie dopiero po zetknięciu z większym drzewem, najwyżej 6–8 m nad ziemią. Impet uderzenia pochodził więc głównie od ruchu w poziomie, przy minimalnej prędkości. Rzadki zagajnik – jak widać na zdjęciach – nie powinien, według niektórych specjalistów, spowodować tak strasznych skutków przy lądowaniu, wręcz przeciwnie – powinien zamortyzować uderzenie. Niewygodna hipoteza Skoro katastrofa, w której zginął prezydent państwa, a wraz z nim szefowie wojsk i najważniejszych instytucji państwowych, zdarzyła się w kraju, który wciąż traktuje Polskę jako swoją strefę wpływów, skład delegacji zaś to w rozumieniu władz Rosji wrogowie prowadzonej przez ten kraj geopolityki europejskiej, to pierwszą rozpatrywaną hipotezą powinno być umyślne spowodowanie upadku samolotu. Gdy w samochodzie żony Radosława Sikorskiego wybuchł gaz, od razu brano pod uwagę zamach. W przypadku katastrofy pod Smoleńskiem w ogóle nie rozpatrywano takiej możliwości. Według ekspertów od budowy płatowców wiele wskazuje na to, że kadłub prezydenckiego Tu-154 mogła rozerwać eksplozja. Mogła to być bomba paliwowo-powietrzna. Na kilkudziesięciu częściach, które posiadaliśmy, nie ma śladu pożaru – choć mocno czuć od nich woń paliwa lotniczego – ani śladów stopienia aluminium. – Jeśli eksplozja jest spowodowana różnicą ciśnienia, wówczas rozrywa ona elementy otoczenia na strzępy, lecz nie wywołuje pożaru, ponieważ bomba paliwowo-powietrzna wysysa tlen. Przy zastosowaniu zwykłego ładunku wybuchowego aluminium częściowo by się stopiło – tłumaczą nasi eksperci. Dodajmy, że kadłub Tu-154 jest wzmocniony tzw. podłużnicami, a dodatkowo dodaje mu wytrzymałości i sztywności ożebrowanie poprzeczne. Duraluminiowa konstrukcja tworzy wewnątrz wzmocnione profile zamknięte. Hipotezę o zamachu bombowym mogłyby wykluczyć specjalistyczne badania w co najmniej dwóch ośrodkach, w tym w NATO. Jednak tego tematu śledczy i rząd Tuska unikają jak ognia. A przecież to tylko hipoteza. Co zmyliło pilotów Upublicznione stenogramy rozmów z kokpitu Tu-154, które miały wykluczyć hipotezę celowego spowodowania katastrofy pod Smoleńskiem, w rzeczywistości ją uprawdopodobniły. Eksperci, z którymi rozmawialiśmy, potwierdzili możliwość zakłócenia nawigacji samolotu poprzez meaconing lub podanie fałszywych danych z wieży. Informacja, że Tu-154 podchodził do lądowania prawie do końca na autopilocie, wskazuje, że załoga mogła zostać wprowadzona w błąd przy użyciu tzw. meaconingu. Polega on na nagraniu sygnału satelity i ponownym nadaniu go (z niewielkim przesunięciem w czasie i z większą mocą) na tej samej częstotliwości w celu zmylenia załogi samolotu. – Autopilot pobiera dane z GPS i innych wskazań przyrządów pokładowych. 10 kwietnia pod Smoleńskiem sygnał GPS w Tu-154 był zakłócony, co doprowadziło do błędu pozycji samolotu w pozycji horyzontalnej (160 m w lewo od osi pasa startowego oraz szacunkowo 80 m w pionie) – twierdzą polski specjalista od nawigacji trójwymiarowej Marek Strassenburg-Kleciak oraz Hans Dodel, niemiecki ekspert od systemów nawigacji i wojny elektronicznej. Marek Strassenburg-Kleciak dodaje: – Oczywiście meaconingiem nie można wytłumaczyć zejścia pilotów poniżej wysokości decyzyjnej, jeśli oczywiście decyzja ta była świadoma, a stenogramy i czarne skrzynki nie zostały sfałszowane. Albo więc piloci byli samobójcami, albo na 80–90 m wydarzyło się coś, o czym jeszcze nie wiemy. Poprzez zastosowanie meaconingu piloci mogli zostać sprowadzeni nad jar (rozległą dolinę) zamiast nad smoleńskie lotnisko, natomiast bezpośrednią przyczyną katastrofy mogła być awaria (na przykład uszkodzenie serwozaworu hydraulicznego steru samolotu) lub inne zdarzenie, które spowodowało, że piloci utracili wpływ na sterowność maszyny. Ale to nie tłumaczy, zdaniem naszych rozmówców, tak wielkich zniszczeń Zagadkowe 15 sekund Najbardziej zagadkowe jest ostatnie 15 sekund lotu, gdy po komendzie drugiego pilota, Roberta Grzywny: „Odchodzimy” Tu-154 gwałtownie zaczął tracić wysokość. Kwadrans przed katastrofą kpt. Arkadiusz Protasiuk mówił: „W tej chwili, w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść, zrobimy jedno zajście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie”. Wysokość decyzyjna – czyli poziom, na którym załoga musi zdecydować o lądowaniu – wynosi dla lotniska Smoleńsk-Siewiernyj 70 m. Na wysokości 80 m – a więc przed wysokością decyzji – mjr Robert Grzywna powiedział: „Odchodzimy”, dając sygnał do przerwania manewru lądowania. Tymczasem samolot z dużą prędkością pionową (około 14 m/s) zaczął się obniżać. Dlaczego? Niemożliwością wydaje się, by załoga po komendzie „odchodzimy” zdecydowała się na lądowanie. Po pierwsze, nie miała wówczas wystarczającej widoczności, po drugie, w zapisach rozmów zachowałaby się jakakolwiek reakcja na samobójcze obniżanie maszyny przez dowódcę wbrew komendzie drugiego pilota. Po trzecie: według karty podejścia na 70 m Tu-154 powinien odebrać sygnał bliższej radiolatarni, znajdującej się 1100 m od pasa lotniska. Tymczasem sygnał ten został odebrany, ale – uwaga – poniżej 20 m, trzy sekundy przed pierwszym uderzeniem w drzewa! Nawet niedoświadczeni piloci nie kontynuowaliby lądowania, nie otrzymawszy sygnału bliższej radiolatarni, informującego ich, że są na odpowiednim pułapie i we właściwej odległości od pasa. Niezrozumiałe są też komendy z wieży kontrolnej, które utwierdzały pilotów, że są na właściwej ścieżce podejścia do pasa, podczas gdy sekundy dzieliły ich od zderzenia z ziemią… Pamiętajmy przy tym, że na wieży znajdował się tajemniczy agent FSB (następczyni KGB), którego do tej pory nie przesłuchali nawet Rosjanie. Czy tajemnica tragedii smoleńskiej znów będzie czekała na wyjaśnienie 70 lat, tak jak zbrodnia katyńska? n
Według oficera CIA Gene Poteata Tusk jest rosyjską marionetką. Fot. www.kprm.gov.pl
Na przedstawionej sytuacji przerywaną linią oznaczono prawidłową ścieżkę podejścia prezydenckiego Tu-154 M na lotnisko w Smoleńsku. Widać wyraźnie, że nawigacja samolotu została zakłócona. Fot. Siergiej Amielin, http:// picsaweb.google.ru
|
| Zmieniony ( Czwartek, 15 Lipiec 2010 14:57 ) |





