| Ślepy kontrwywiad Klicha |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator |
| Niedziela, 25 Kwiecień 2010 05:47 |
|
Tafios, czyli jak się wykrada technologie wojskowe z Polski
Robert Wit Wyrostkiewicz
Dokument, do którego dotarła nasza redakcja, pokazuje, jak bardzo nieporadne są polskie służby, obecnie rządzący politycy, a nawet media, które chętniej zajmują się ekscesami Dody aniżeli strategicznym dla kraju sektorem zbrojeniowym, który pogrąża się w korupcji i nieczystych powiązaniach. Redakcja „MR” postawiła Ministerstwu Gospodarki swoje pytania. Zanim jednak o tym… Zaczęło się zwyczajnie W 1997 r. Ministerstwo Obrony Narodowej przeznaczyło 2 mln zł na prace polskich naukowców, aby wykonali nowoczesny system wykrywający skażenia chemiczne na polu walki. Polacy skonstruowali technologiczny rarytas na skalę światową. Trzy lata później urządzenie było gotowe i okazało się, że nikt na świecie nie może poszczycić się tak zaawansowaną technologią, niezbędną żołnierzom i możliwą do zastosowania w warunkach cywilnych. – System jest w stanie wyczuć nawet najdrobniejsze cząsteczki gazów bojowych lub chemikaliów zagrażających żołnierzom w boju – powiedział nam Wiesław Kaska, szef polskich konstruktorów Tafiosa. – Przeszedł wiele testów i wygrał z dostępnymi na rynku konkurentami – dopowiedział płk dr inż. Henryk Kudła, jeden z twórców technologii. Dwa lata temu Ministerstwo Obrony Narodowej zleciło Radwarowi (zakład przemysłu obronnego z Grupy Bumar) produkcję Tafiosa. Wdrażanie produkcji miało odbywać się pod okiem twórców tej technologii. Zaczęto produkować pojedyncze tafiosy, jednak znalazły one zastosowanie nie w polskim, ale głównie w malezyjskim wojsku. Z tym właśnie krajem firma zbrojeniowa Bumar podpisała umowę na dostarczenie 48 czołgów PT91–M Twardy z zainstalowanym systemem Tafios. I tu zaczynają się schody. Pieniądze z poręczenia Skarbu Państwa na realizację „kontraktu malezyjskiego” w jednej trzeciej poszły nie na produkcję, ale na prowizje (mowa o wypłynięciu w ten sposób z budżetu państwa ok. 94 milionów dolarów). Zamiast Tafiosa zaczęto montować słaby i kilkakrotnie droższy system Cherdes. Podobny mechanizm króluje niepodzielnie we wszystkich branżach. Pomimo minimalnych nakładów na naukę polscy naukowcy wytwarzają technologie o niebywałym zaawansowaniu. Zazwyczaj cacka te kupują obce państwa, a my, nie wiadomo dlaczego, kupujemy od tych samych państw ich przestarzałą myśl techniczną, i to za grube pieniądze. Obce służby specjalne Polskich naukowców próbowały podejść amerykańska CIA, rosyjska FSB i izraelski Mossad. Pod koniec 2001 r. i na początku 2002 r. wolę kooperacji i finansowania badań zgłosiło kilka polskich firm z izraelskim kapitałem. Polacy odmówili. Kolejną próbą Mossadu było zainstalowanie swojego człowieka w grupie naukowców. – Szybko się zorientowaliśmy, jakie dokumenty wynosi do domu, nad czym pracuje, co zapisuje. Połapaliśmy się w całej sprawie i usunęliśmy go z naszej grupy – powiedział nam Wiesław Kaska. Podchody robiła też FSB (dawniej KGB). Kilka lat temu naukowcy opracowujący system Tafios dostali propozycję od Rosjan, aby utworzyć wspólnie spółkę zajmującą się pracami nad gazosygnalizatorem. Rosjanie liczyli na to, że w ten sposób przechwycą dokumentację polskiej technologii, której sami nie byli w stanie wymyślić. Najuczciwsza była CIA, która po prostu przyjechała do polskich naukowców i zapytała, ile zarabiają na produkcji Tafiosa. Polska zbrojeniówka płaciła im grosze, za to Amerykanie zaproponowali wsparcie informatyczne dużej firmy komputerowej. Jednym słowem: fura, komóra i dolina krzemowa. Naukowcy odmówili. Tajna technologia jedzie do obcego państwa Pod koniec maja ubiegłego roku z Radwaru wyjechał samochód z tafiosem w bagażniku. Przypadkowo dowiedzieli się o tym konstruktorzy supertechnologii. – Zadzwonił do mnie zwykły pracownik Radwaru i spytał, co wiem o tafiosie, który właśnie jedzie do czeskiego Brna na testy – powiedział Wiesław Kaska. – Jaki tafios!? Na jakie testy!? Proszę sprawdzić numery wyjeżdżającego urządzenia – odpowiedział pracownikowi szef polskich naukowców. Okazało się, że numery są sfałszowane (najprawdopodobniej przebite). Opatrzony klauzulą „tajne” tafios trafił jednak do Brna, ale bez dokumentacji, której nie pozwolili wywieźć polscy naukowcy. Całego incydentu Bumar przez długi czas nie chciał wyjaśniać. Za to rzecznik MON potwierdzał wywiezienie polskiego systemu do Czech. Jak twierdził, Czesi mieli być bardziej obiektywni (sic!) w jego ocenie. Wyobraźmy sobie przełożenie tej skandalicznej wypowiedzi na realia amerykańskie. Naukowcy w USA produkują najnowocześniejszą na świecie rakietę. Każdy kraj chciałby mieć ich technologię. A tymczasem Stany Zjednoczone wysyłają swoją rakietę do Meksyku. Niech Meksykanie powiedzą im, ile jest wart ich wynalazek. Jako mieszkańcy obcego kraju będą bardziej obiektywni. Oczywiście taką historię trudno sobie nawet wyobrazić. A jednak w Polsce jest to rzeczywistość.
W 2007 r. wydawało się, że stworzony na zlecenie MON Tafios, zamówiony na potrzeby dostawy czołgów do Malezji, będzie produkowany seryjnie. W marcu 2007 r. w jednym z bumarowskich zakładów, gdzie przechowywane były gotowe do zamontowania w czołgach tafiosy, ktoś potajemnie rozebrał w nocy jedno z takich urządzeń (zdjęcia zniszczeń jako pierwszy pokazał redaktor Piotr Sieńko z „Super Expressu”). – Zerwano plomby zabezpieczające urządzenie, pourywano i porozcinano kable – mówi płk dr Henryk Kudła. – Urządzenie nawiercono, by, prawdopodobnie używając kamery wziernikowej, zajrzeć do środka, a miejsca te zaklejono potem… plasteliną – opowiada. W Polsce Tafios nie był, jak widać, bezpieczny, ale też nie udało się go skopiować. Może dlatego ruszył w świat, bo inaczej trudno logicznie wytłumaczyć, dlaczego urządzenie wykorzystujące tajną technologię podróżowało do Czech w celu wykonania testów. Pytany o to Bumar milczał. MON tłumaczyło, że chodziło o zwiększenie obiektywizmu oceny i że decyzję o wywiezieniu tafiosa podjął minister gospodarki. „Moja Rodzina” zapytała ministerstwo, skąd taka decyzja, skoro mamy własne, polskie, i to wysoko wykwalifikowane jednostki badawcze, odpowiednie do przeprowadzenia takich testów. Odpowiedź przyszła w trakcie zamykania tego numeru. „System TAFIOS powstał w wyniku prac badawczo-wdrożeniowych nadzorowanych i finansowanych przez Ministerstwo Obrony Narodowej, które jest właścicielem tego urządzenia. MON jest również odpowiedzialny za zabezpieczenia i ochronę praw własności Skarbu Państwa w jednostkach mu podległych i nadzorowanych. Minister Gospodarki nie posiada żadnych źródłowych informacji na temat prowadzonych i nadzorowanych przez MON badań i opracowań czy też stosowanych sposobów zabezpieczenia i ochrony ww. urządzenia oraz innych. Ministerstwo Gospodarki nie posiadało informacji o zainteresowaniu obcych służb wywiadowczych tym systemem” – odpowiedział nam Mariusz Kozłowski z Biura Prasowego Ministerstwa Gospodarki. I trudno się nie zgodzić. Ale MON takiego wytłumaczenia mieć nie może. Zwłaszcza że to minister Klich nadzorował Służby Kontrwywiadu Wojskowego, które uruchomił w tej sprawie dopiero niedawno, po interwencji posła Bogusława Kowalskiego (PiS) i publikacjach prasowych (w tym autora tego artykułu). O prawdziwe powody zaistnienia tej kuriozalnej sytuacji zapytał wicemarszałek Sejmu RP Krzysztof Putra premiera Donalda Tuska. Ten ostatni upoważnił do odpowiedzi ministra gospodarki, w którego imieniu wypowiedział się podsekretarz stanu Dariusz Bogdan. W posiadaniu tego jeszcze nie opublikowanego nigdzie dokumentu jest nasza redakcja. Bogdan tłumaczył, że tafios powędrował do Czech z innego powodu, niż mówiono przez pierwsze miesiące (np. zwiększenie obiektywności badań). Podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki pisze: „W Polsce działa zaledwie kilka laboratoriów upoważnionych do syntezowania i przechowywania bojowych środków trujących, wśród których w szczególności wymienić trzeba Wojskowy Instytut Chemii i Radiometrii (WIChiR) oraz Wojskową Akademię Techniczną. Z wyjaśnień wysłanych do MG przez Prezesa Zarządu Bumar sp. z o.o. wynika, że żadne z polskich laboratoriów – z powodu realizacji innych |
| Zmieniony ( Piątek, 30 Kwiecień 2010 20:23 ) |






„Moja Rodzina” dotarła do nie opublikowanej jeszcze na stronach sejmowych odpowiedzi Ministerstwa Gospodarki, napisanej z polecenia premiera Donalda Tuska, na interpelację poselską Krzysztofa Putry. Sprawa przypomina film sensacyjny, a dotyczy niewdrożenia do produkcji seryjnej polskiej supertechnologii wojskowej Tafios (sygnalizator skażeń chemicznych), wystawiania – świadomego lub nie – tej technologii obcym służbom wywiadowczym, nadużyć finansowych przy realizacji tzw. kontraktu malezyjskiego (największy polski kontakt zbrojeniowy), wysyłania na misje pokojowe (czytaj: „wojny”) żołnierzy uzbrojonych w zachodni złom, przepłacony kilkakrotnie słowem – mamy tu fabułę na niezły thriller. A gazosygnalizator w bazach i pojazdach wojskowych w Iraku czy Afganistanie to ważna rzecz. Przecież od skutecznego wykrycia różnych gazów bojowych zależy życie polskich żołnierzy.
Ustalenia „Mojej Rodziny”